niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 3. Niebezpieczeństwo.

Zamykam mocno oczy i przyciskam się do ściany tak mocno, że bolą mnie łopatki. Nie, nie mogli po mnie przyjść. To nie może być prawda, ale to niestety jest prawda bo głosy są coraz wyraźniejsze. Są bliżej. Głosy dobiegają z drzwi przy których stoję.
- Sprawdź balkon, Stu .- Słyszę głęboki, męski głos. Mężczyzna wypowiada to tak chłodno, że mam ciarki na plecach. Energicznie odrywam się od ściany i rzucam do drugich drzwi. Tak samo białych i tak samo starych. Są zamknięte ale jednym mocnym szarpnięciem udaje mi się je otworzyć. Drzwi z zgrzytem odbijają się od ściany i zatrzaskują za mną. Jestem w niewielkiej kuchni ze ścianami pomalowanymi fioletową farbą. Pełno wisi tu zdjęć oprawionych w różnokolorowe ramki. Meble w kuchni są powywracane a w głównej ścianie jest wielka dziura. Mijam garnki i popękane kaflę i szybkim ruchem zmierzam w stronę jadalni. Otwieram drzwi najciszej jak potrafię i rozglądam się wokół. Nikogo nie ma, więc wchodzę . Na środku pokoju stoi stół z dziurawym obrusem, który sięga do podłogi. Jest tylko jedno krzesło a szyba w oknie wybita. Ze ścian już dawno zeszła farba i trudno mi ocenić jaki mają kolor. Słyszę za sobą kroki strażników. 
- Tędy szedł ! - Krzyczy jeden tak głośno, że mam ochotę się schować . I tak muszę się schować. Chwytam pierwszą rzecz, która nasunie mi się do ręki i rzucam w przeciwne drzwi. To chyba był wazon. Roztrzaskuje się z głośnym hukiem na podłodze a drzwi zaczynają się bujać. Opadam na ziemię i wczołguję się pod stół. Obrus jest na tyle długi żeby mnie zakryć. Popękane kafelki drażnią mi dłonie a kawałki betonu wbijają się w plecy. Natychmiast wpadają do jadalni strażnicy z bronią w ręku. Jest ich kilku, około pięciu. Trzech z nich wybiega przez drzwi, które jeszcze nie przestały się ruszać. Dwóch zostaje aby odpocząć. Przez nie wielką szparę w obrusie widzę, że jeden z nich opiera się o meblościankę, w której stoją równo poukładane talerze ozdobne. Większość z nich jest zniszczona. Drugi strażnik przysiadł na stopniu przy drzwiach z kuchni. Wystarczy, że wychyli głowę to mnie zobaczy. Mój kręgosłup jest w takiej pozycji, że z każdą chwilą boli coraz mocniej. Kawałki szkła i potłuczonych kafli wbijają się w ręce robiąc rany. Ale nie mogę się poruszyć, nie mogę upaść. Mam ochotę krzyczeć ale muszę siedzieć cicho. Z każdą chwilą coraz bardziej chcę się poddać i wyjść z ukrycia. Nie mogę, nie mogę, nie mogę. Powtarzam w myśli ale nie daje to dużo. Oddycham ciężko jednak mój oddech miesza się z oddechem strażników dlatego mnie nie słyszą. Sapią mocno z wysiłku. Nie rozmawiają, nic nie mówią. Słychać tylko świst wydychanego powietrza i dalekie kroki. Powoli przyzwyczajam się do bólu. Krew spływa mi z dłoni i to mnie uspokaja. Zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie dom. Ale nie Dom Szkoleń, myślę o prawdziwym domu. Tam gdzie każdy jest jest szczęśliwy, gdzie każdy ma rodzinę, szczęśliwą rodzinę. Nagle słyszę trzask i do jadalni wchodzi trzech strażników. Dwaj, którzy już tu byli raptownie wstają i robią skupione miny. 
- Nie ma go. Nigdzie go nie ma. - Mówi jeden z tych, którzy przyszli. Wypowiada te słowa z lekkim rozczarowaniem w tonie ale wiem, że szybko się nie poddadzą. 
- Na pewno tu jest. Nie wyszedłby bo obstawiliśmy cały budynek włączając w to schody przeciwpożarowe, po których rzekom się tutaj dostał. - Odpowiada mu ten sam chłodny głos, który słyszałem na balkonie. 
- No to szukać go. Pójdziemy tędy. - Wyrywa się chrapliwy głos a mężczyzna w siwych włosach wskazuje kierunek jednych z drzwi. Wybiegają jeden po drugim a ja jeszcze chwilę kulę się na ziemi. Powoli wyczołguję się spod stołu i podchodzę do blatu obok meblościanki. Mój wzrok opada na pokrwawione ręce. Wyciągam fragment mojej koszulki i delikatnie wycieram ręce. Piecze nie na tyle mocno żeby krzywić się bólu. Już po wszystkim. Nie ! Wcale nie po wszystkim ! Nie mam jak stąd uciec. Krzyczę na siebie w myślach. Gdybym tego ranka został w domu i darowałbym sobie te podróże, na pewno nie byłoby teraz żadnego problemu. Opamiętuję się się kiedy słyszę stłumione kroki strażników. Cicho wybiegam przez drzwi i jestem w salonie. Jest duży a na środku stoi wielka, zielona kanapa. Jest cała zdarta i pokryta kurzem . Obok niej leży przewalona komoda i stolik na kawę. Widzę drzwi na klatkę schodową więc podbiegam do nich ostrożnie. Wokół nie ma nikogo. Pewnie weszli do innego mieszkania. Tym lepiej dla mnie. Otwieram drzwi z lekkim zgrzytem ale to co widzę po ich otworzeniu wcale nie napawa mnie zachwytem. Strażnicy stają rządkiem wprost mnie a wszystkie lufy pistoletów są wycelowane w moi kierunku.
- Pan pójdzie z nami - Mówi kpiącym tonem mężczyzna a jego łysina poblaskuje w świetle promieni wschodzącego słońca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz