- Sprawdź balkon, Stu .- Słyszę głęboki, męski głos. Mężczyzna wypowiada to tak chłodno, że mam ciarki na plecach. Energicznie odrywam się od ściany i rzucam do drugich drzwi. Tak samo białych i tak samo starych. Są zamknięte ale jednym mocnym szarpnięciem udaje mi się je otworzyć. Drzwi z zgrzytem odbijają się od ściany i zatrzaskują za mną. Jestem w niewielkiej kuchni ze ścianami pomalowanymi fioletową farbą. Pełno wisi tu zdjęć oprawionych w różnokolorowe ramki. Meble w kuchni są powywracane a w głównej ścianie jest wielka dziura. Mijam garnki i popękane kaflę i szybkim ruchem zmierzam w stronę jadalni. Otwieram drzwi najciszej jak potrafię i rozglądam się wokół. Nikogo nie ma, więc wchodzę . Na środku pokoju stoi stół z dziurawym obrusem, który sięga do podłogi. Jest tylko jedno krzesło a szyba w oknie wybita. Ze ścian już dawno zeszła farba i trudno mi ocenić jaki mają kolor. Słyszę za sobą kroki strażników.
- Tędy szedł ! - Krzyczy jeden tak głośno, że mam ochotę się schować . I tak muszę się schować. Chwytam pierwszą rzecz, która nasunie mi się do ręki i rzucam w przeciwne drzwi. To chyba był wazon. Roztrzaskuje się z głośnym hukiem na podłodze a drzwi zaczynają się bujać. Opadam na ziemię i wczołguję się pod stół. Obrus jest na tyle długi żeby mnie zakryć. Popękane kafelki drażnią mi dłonie a kawałki betonu wbijają się w plecy. Natychmiast wpadają do jadalni strażnicy z bronią w ręku. Jest ich kilku, około pięciu. Trzech z nich wybiega przez drzwi, które jeszcze nie przestały się ruszać. Dwóch zostaje aby odpocząć. Przez nie wielką szparę w obrusie widzę, że jeden z nich opiera się o meblościankę, w której stoją równo poukładane talerze ozdobne. Większość z nich jest zniszczona. Drugi strażnik przysiadł na stopniu przy drzwiach z kuchni. Wystarczy, że wychyli głowę to mnie zobaczy. Mój kręgosłup jest w takiej pozycji, że z każdą chwilą boli coraz mocniej. Kawałki szkła i potłuczonych kafli wbijają się w ręce robiąc rany. Ale nie mogę się poruszyć, nie mogę upaść. Mam ochotę krzyczeć ale muszę siedzieć cicho. Z każdą chwilą coraz bardziej chcę się poddać i wyjść z ukrycia. Nie mogę, nie mogę, nie mogę. Powtarzam w myśli ale nie daje to dużo. Oddycham ciężko jednak mój oddech miesza się z oddechem strażników dlatego mnie nie słyszą. Sapią mocno z wysiłku. Nie rozmawiają, nic nie mówią. Słychać tylko świst wydychanego powietrza i dalekie kroki. Powoli przyzwyczajam się do bólu. Krew spływa mi z dłoni i to mnie uspokaja. Zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie dom. Ale nie Dom Szkoleń, myślę o prawdziwym domu. Tam gdzie każdy jest jest szczęśliwy, gdzie każdy ma rodzinę, szczęśliwą rodzinę. Nagle słyszę trzask i do jadalni wchodzi trzech strażników. Dwaj, którzy już tu byli raptownie wstają i robią skupione miny.
- Nie ma go. Nigdzie go nie ma. - Mówi jeden z tych, którzy przyszli. Wypowiada te słowa z lekkim rozczarowaniem w tonie ale wiem, że szybko się nie poddadzą.
- Na pewno tu jest. Nie wyszedłby bo obstawiliśmy cały budynek włączając w to schody przeciwpożarowe, po których rzekom się tutaj dostał. - Odpowiada mu ten sam chłodny głos, który słyszałem na balkonie.
- No to szukać go. Pójdziemy tędy. - Wyrywa się chrapliwy głos a mężczyzna w siwych włosach wskazuje kierunek jednych z drzwi. Wybiegają jeden po drugim a ja jeszcze chwilę kulę się na ziemi. Powoli wyczołguję się spod stołu i podchodzę do blatu obok meblościanki. Mój wzrok opada na pokrwawione ręce. Wyciągam fragment mojej koszulki i delikatnie wycieram ręce. Piecze nie na tyle mocno żeby krzywić się bólu. Już po wszystkim. Nie ! Wcale nie po wszystkim ! Nie mam jak stąd uciec. Krzyczę na siebie w myślach. Gdybym tego ranka został w domu i darowałbym sobie te podróże, na pewno nie byłoby teraz żadnego problemu. Opamiętuję się się kiedy słyszę stłumione kroki strażników. Cicho wybiegam przez drzwi i jestem w salonie. Jest duży a na środku stoi wielka, zielona kanapa. Jest cała zdarta i pokryta kurzem . Obok niej leży przewalona komoda i stolik na kawę. Widzę drzwi na klatkę schodową więc podbiegam do nich ostrożnie. Wokół nie ma nikogo. Pewnie weszli do innego mieszkania. Tym lepiej dla mnie. Otwieram drzwi z lekkim zgrzytem ale to co widzę po ich otworzeniu wcale nie napawa mnie zachwytem. Strażnicy stają rządkiem wprost mnie a wszystkie lufy pistoletów są wycelowane w moi kierunku.
- Pan pójdzie z nami - Mówi kpiącym tonem mężczyzna a jego łysina poblaskuje w świetle promieni wschodzącego słońca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz