Szybkim truchtem zagłębiam się w ruiny miasta. Mijam stare budynki, które kiedyś były domami ale czas zamienił je w kupę gruzu. Ta część ruin jest bardziej zaniedbana od drugiej.W drugiej mieszkają wygnani. Nigdy nie spotkałem takiego ale wiem, że na pewno nie jeden z nich mnie tu widział. Są bardzo ostrożni i potrafią się kryć. Zresztą ja też potrafię jeśli nie liczyć tego, że nie potrafię wysiedzieć długo w jednym miejscu.
Skręcam w boczną uliczkę i zatrzymuję się przy nie tak bardzo starej kamienicy. Podchodzę i stawiam jedną nogę na schodach przeciw pożarowych. Często tu przychodzę . Lubię to miejsce. Dla pewności rozglądam się wokoł ale i tak nikogo nie ma . Wchodzę całkiem na platformę a ona cicho trzeszczy pod moimi stopami. Schody bięgną aż do samego dachu więc mogę wejść na każde piętro budynku. Ja jednak zawsze wybieram dach. Skoro i tak łamię przepisy to wolę więcej adrenaliny.
Szybko wbiegam na samą górę a schody z każdym wyższym piętrem trzeszczą coraz głośniej. Dochodzę na samą górę a wiatr zaczyna mirozwiewać ciemno brązowe włosy. Szybkim ruchem wskakuję na dach i zaczynem biec. Biegnę, biegnę coraz szybciej aż dobiegam do końca dachu i wielkim skokiem przeskakuję na sąsiedni budynek. Lot nie trwa długo ale próbuję rozkoszować się tą chwilą na tyle ile mogę. Moje stopy lekko opadają na betonową posadzkę po czym zaczynam znów biec. Ten budynek na sporo murków oddzielających dawne tarasy od siebie. Szybkimi ruchami przeskakuję przez nie aż kończą się i zbliżam się do kolejnego odstępu między budynkami. Płynnym ruchem wybijam się z murka przelatuję na przez kolejną przepaść. Adrenalina kumuluję mi się w
głowie więc muszę się zatrzymać na kolejnym budynku. Opadam z lekkim stukotem i mimowolnie przewracam się na plecy . Zaczynam się śmiać a mój głos z echem rozchodzi się między kamienicami. Jednym ruchem wstaję i przysiadam na betonowym murku. Muszę odpocząć bo od biegu i skoków żyły zaczynają mi mocno pulsować. Głód także się nasila więc z kieszeni wyciągam mój pakunek. Odwijam folię a zapach świeżych bułek roznosi się w powietrzu . Z kieszeni wyciągam stary scyzoryk, który dawno temu znalazłem w jakimś opuszczonym garażu. Scyzorykiem odkrajam plaster sera i nakładam go na bułkę . Robię tak wielkiego gryza, że zostaje mi tylko połowa bułki. Wystarczają mi dwie minuty żeby ją zjeść i spakować resztkę sera do folii.
Wstaję a podmuch ciepłego powietrza plącze mi włosy. Są zdecydowanie za długie. Ale i tak nie mam zamiaru ich obcinać. Lekko przeczesuję je dłonią posuwam się do krawędzi budynku. Pode mną rozciąga się pasmo balkonów więc opuszczam się na najbliższy. Nawet kiedy wiszę całkiem nad balkonem i tak pode mną jest jeszcze metr lub półtora do ziemi. Cicho skaczę i podpieram się dłońmi o podłogę. Wstaję z biało szarych kafli, które pokrywają całą powierzchnię balkonu i kieruję się w stronę drewnianych drzwi pomalowanych na biało. Już chwytam klamkę kiedy z wnętrza budynku słyszę głosy. To głosy strażników z naszego miasta. Wiedzą, że uciekłem. Nie jestem już bezpieczny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz